I LICEUM OGÓLNOKSZTAŁCĄCE IM. BOLESŁAWA CHROBREGO W PSZCZYNIE I LICEUM OGÓLNOKSZTAŁCĄCE DLA DOROSŁYCH

Wywiad z laureatem Nagrody Literackiej Nike, Zbigniewem Rokitą, przeprowadzony przez ucznia klasy 1b, Michała Śmieję

Dwadzieścia razy się zastanowię, zanim wyrzucę w krzaki gumę do żucia

Michał Śmieja: Czego dowiedział się Pan o Śląsku po napisaniu „Kajś”?

Zbigniew Rokita: Dowiedziałem się wielu rzeczy po napisaniu książki. Kilka miesięcy po jej wydaniu przeprowadziłem się na Górny Śląsk. Pochodzę co prawda z Gliwic, ale od dziewiętnastego roku życia mieszkałem w Małopolsce, kilkanaście lat spędziłem w Krakowie. Przez ostatnie trzy, cztery lata związany jestem z Katowicami, stąd zupełnie inna perspektywa. To znaczy, wcześniej, pisząc książkę i mieszkając w Krakowie, pisałem o Śląsku „z zewnątrz”. Nie znałem wielu Ślązaków, musiałem poznać ich jako bohaterki i bohaterów moich opowieści. To się zmieniło – kiedy jest się mieszkańcem w jakiegoś miejsca, łapie się jakiś inside, więcej się wie, widzi się napisy na murach, słyszy się, o czym ludzie mówią w knajpach, tramwajach. Problemy miejsca dotyczą też ciebie. Dlatego w ciągu ostatnich kilku lat dowiedziałem się o Śląsku bardzo dużo. Dziś pewnie inaczej napisałbym „Kajś”. Na parę rzeczy mam inny punkt widzenia.

M.Ś: W jakim miejscu lepiej się mieszkało, w Krakowie czy w Katowicach?

Z.R: Milion razy lepiej w Katowicach! Po pierwsze, jestem tutaj u siebie i to jest dla mnie bardzo, bardzo ważne. Mam nawet poczucie, że mieszkając na Śląsku, jestem lepszym człowiekiem. Dwadzieścia razy się zastanowię, zanim wyrzucę w krzaki gumę do żucia. Czuję, że jestem w swoim domu, a tam, przez kilkanaście lat czułem, że byłem gdzie indziej, u kogoś – nie zakorzeniłem się. Po drugie, jest dużo takich rzeczy, dla mnie, prywatnie ważnych. To znaczy, że patrzę przez okno i widzę moją przyjaciółkę w pomarańczowej czapce, przyjaciółkę, z którą kilka lat temu spędzaliśmy razem wakacje. Jestem u siebie. Mam blisko rodzinę i przyjaciół. Problemy Śląska są dla mnie ważne. Lepiej mi się mieszka w Katowicach.

MŚ: Czy jest pan wobec tego zwolennikiem śląskiej autonomii? Bliższe są panu poglądy Piłsudskiego czy Korfantego?

Z.R:  W niektórych sprawach Piłsudski, w innych Korfanty. Na przykład jeżeli chodzi o autonomię Górnego Śląska, Piłsudski nadał ją województwu śląskiemu w latach dwudziestych, choć później była ona dość mocno, przez jego reżim, dodajmy, ograniczana. Głównie po 1926 roku, później do 1935. Zgadzam się z wieloma poglądami marszałka i Korfantego, choć trudno mi jednoznacznie opowiedzieć się po jednej ze stron. Autonomia to ciekawy pomysł na przemyślenie Śląska, ale i kraju. Oznaczałaby tę niezależność, przede wszystkim gospodarczą, regionu, którą cieszy się wiele krajów Europu Zachodniej, jak Niemcy czy Hiszpania. Nie ma to nic wspólnego z separatyzmem. Szansa na autonomię Górnego Śląska jest dziś jednak zerowa, a nawet sami działacze Ruchu Autonomii Śląska w nią nie wierzą. Szansa na tę zmianę istniała dziesięć, może dwanaście lat temu, a może w ogóle jej nie było. Cel jednak wydawał się bliższy osiągnięcia. Dziś szans brak, ale gdyby szanse były, to bardzo chętnie bym o tym rozmawiał i nie wykluczam takiej możliwości.

M.Ś:  Jakie jest pana zdanie na temat śląskiej Godki? Język? Gwara? Czy powinniśmy o nią walczyć podobnie, jak Kaszubi?

Z.R. :Na pewno nie gwara. Wystarczy spojrzeć do słownika, żeby zobaczyć, ze godka śląska nie jest gwarą. Dylemat dotyczy tego, czy godka jest dialektem czy jezykiem – od dialektu wzwyż. To sprawa pewnej umowy społecznej, sprawa uznaniowa. Można by powiedzieć, że polszczyzna jest dialektem śląskiego i na odwrót i żaden językoznawca nigdy nie udowodnił, który z nich jest prymarny. W pełni można uznać śląski za język regionalny i w marcu odbędzie się głosowanie parlamentu w tej sprawie. Jeżeli prezydent podpisze ustawę, która na dziewięćdziesiąt dziewięć procent przejdzie przez parlament, od września 2025 śląskiego będzie się można uczyć w szkołach, zdawać z niego maturę. Ja nie mam żadnych wątpliwości, że tak powinno być. Mamy przekłady literatury na język śląski – od Ajschylosa po Tolkiena. „Kajś” też została przełożona na piękny, literacki śląski. Można ją kupić w księgarniach w całym kraju, co jeszcze dziesięć lat temu było nie do pomyślenia. Krótko mówiąc, godka pokazała, że jest w stanie udźwignąć brzemię języka. Warto dodać, ze w ostatnim spisie powszechnym ponad 460 000 ludzi zadeklarowało, że na co dzień posługują się językiem śląskim, dlatego też powinniśmy go uznać za pełnoprawny język regionalny.

MŚ: Podczas pracy nad książką zwiedził pan wiele miejsc na Górnym Śląsku. Które z nich wspomina pan najlepiej, które poleciłby pan zobaczyć obcokrajowcowi, który nigdy na Śląski nie był? Poproszę o propozycje „must see in Silesia”

Z.R.: Po pierwsze tych Śląsków jest sporo. Pan sam jest z śląska pszczyńskiego, który diametralnie różni się od mojego, gliwickiego. Gliwice to takie miejsce uskoku – jedna nogą zanurzeni jesteśmy w przemyśle i kopalniach, drugą w śląski zielonym, bliższym Ziemi Pszczyńskiej. Trzecią nogą jesteśmy w miastach takich, jak Pszczyna – miejscach o bogatym dziedzictwie historycznym. To pokazuje, jak wiele odmian Śląska istnieje. Jest ten poaustriacki, cieszyński, jest i opolski, rolniczy i wiejski. Mamy wreszcie Śląsk aglomeracyjny, między Gliwicami a Mysłowicami czy Katowicami – to najpewniej ten Śląsk, o którym myśli warszawiak. Jeśli ktoś przyjechałby z zagranicy, z Francji czy Mongolii, to z pewnością zobaczyłby aglomerację jako jedno wielkie miasto. Wysłałbym go również do Cieszyna i Bielska-Białej, aby zobaczył inny rodzaj Śląska, a także na wieś pod Opolem. W Śląski jest dużo różnorodności i dużo do zobaczenia.

M.Ś: Jak sam pan zauważył, Śląsk to duży region. Czy nie cierpiał pan w związku z tym na jakieś FOMO (Fear of Missing Out) po napisaniu „Kajś”? Nie bał się pan, ze pominął coś istotnego w książce?

Z.R.: Nie bałem się, bo od początku wiedziałem, że nie zawrę nawet niewielkiej części. Książka nie miała być encyklopedią, ani biografią regionu, nie miała wyczerpywać tematu. Kluczem doboru informacji, tematu było moje osobiste doświadczenie. Jest bardzo niewiele o kościele katolickim, o Żydach, o przemyśle w ogóle, o kopalniach. Więcej zaś od tych trzech bardzo ważnych dla regionu tematów jest o piłce nożnej – ważnej dla mnie i mojej rodziny. Nie zawarłem bardzo wielu tematów, ale nie wiąże się to z żadnym stresem, bo wiem, czego nie wiem, a to już dla dziennikarza bardzo ważne. To pewnie pierwszy warunek napisania dobrej książki reporterskiej. Problem z pisaniem o Górnym Śląsku jest też taki, że temat zawiera dużo wykluczających się, konkurencyjnych narracji: mity, legendy, białe plamy, narracja polsko- czy śląskocentryczna.

M.Ś: Czy z perspektywy czasu dodałby pan coś do „Kajś”? Czy według pana kontynuacja jest dobrym pomysłem?

Z.R.: Dobry, ale nie moim piórem. Mnie najbardziej interesuje w reportażu czyjaś, inna, perspektywa. Chcę, by przyszedł jakiś wariat i pokazał mi, że świat mogę widzieć w inny sposób niż widziałem go dotychczas. Gdybym napisał „Kajś II”, to napisałaby tę książkę ta sama głowa. Może wiedząca już więcej o Śląsku, może operująca innymi, bardziej spektakularnymi przykładami, ale wciąż ta sama. To byłoby odcinanie kuponów i parafrazowanie samego siebie.

M.Ś.: Przeprowadził pan po premierze książki wiele rozmów z czytelnikami. Która szczególnie zapadła panu w pamięć?

Z.R.: To była rozmowa przeprowadzona z czytelnikiem niebezpośrednio, przez portal z recenzjami. Czytelnik ze Śląska Opolskiego napisał, że przez całe życie tkwi w przekonaniu, że Ślązacy to idioci, którym w życiu chodzi tylko o to, by kupić sobie Audi i pojechać do Rajchu –  zbierać truskawki czy szparagi. Pisał, pisał, a ja czekałem na moment zwrotny, jakiś „twist”, który jednak nie nastąpił. Ten recenzent napisał, że utwierdził się w swoich przekonaniach. Czy zaś jakieś konkretne spotkanie z czytelnikami różni się geograficznie? Podzieliłem, roboczo, odwiedzających spotkania autorskie na trzy grupy, którym odpowiadają trzy regiony w Polsce: polska Polska –  dawny zabór rosyjski i austriacki, gdzie temat Śląska należy tłumaczyć „od Adama i Ewy”, tłumaczyć, odpowiadać na podstawowe pytania, do których, rzecz jasna, ci ludzie mają prawo. Mało wiedzą o Śląsku, podobnie jak ja mało wiem o Podlasiu czy Ziemi Sieradzkiej. Trzeba ich zapewniać, że Ślązacy w swojej masie wcale nie chcą odłączyć się od Polski i przyłączyć się do Niemiec. Kolejna grupa to terytorialnie jedna trzecia Polski, czyli ziemie poniemieckie, odzyskane, Wrocławie, Szczeciny, miejsca, w których spotkania autorskie miały charakter, by tak rzec, terapeutyczny. Ludzie ci mięli potrzebę opowiadać własne historie, co dla mnie, reportera miało rangę sukcesu. Kiedy coś w człowieku się otwiera, to dla reportażysty zaszczyt.

M.Ś.: Podzielił pan nas więc na trzy grupy. Która najlepiej odebrała pańską książkę?

Z.R.: Nie wiem, trudno określić jednoznacznie, Nie dysponuję danymi sprzedażowymi, a spotkania autorskie zniekształcają perspektywę. Na spotkanie autorskie przychodzą zwykle ci, którym książka się podobała lub ci, którzy chcą się czegoś dowiedzieć. Jeśli ktoś uzna, że moja książka jest gniotem, na którego drukowanie szkoda papieru, nie wybierze się raczej na spotkanie – dlatego nie umiem odpowiedzieć na to pytanie.

Zbigniew Rokita, Kajś. Opowieść o Górnym Śląsku. Wołowiec 2020.